Czy AI właśnie pompuje największy balon w historii technologii, czy raczej buduje autostrady, które po drodze raz czy dwa się zawalą, a potem będą służyć przez dekady?
Przez ostatni rok firmy technologiczne rzucają w infrastrukturę AI kwoty większe niż roczny budżet niejednego państwa. Analitycy porównują ten sprint do programu Apollo – tyle że zamiast co dekadę, „nowy Apollo” dostajemy średnio co 10 miesięcy. To pachnie bańką. Ale „bańka” nie musi oznaczać apokalipsy: w ekonomii to po prostu zakład, który okazał się zbyt duży – zostaje ci więcej podaży niż popytu.
O co chodzi
Najlepszy sposób myślenia o „bańce AI” zaczyna się od odczarowania słowa „bańka”. Jak zauważa TechCrunch, to nie jest stan ducha czy moralna panika, tylko prosty błąd w skali: budujesz zbyt dużo względem realnego użycia. Oprogramowanie i modele iterują w kwartale; centra danych, linie przesyłowe i elektrownie powstają latami. Zanim kolejna farma GPU wejdzie w tryb produkcji, zmienia się wszystko: architektury półprzewodników, koszt energii, przepustowość sieci, a przede wszystkim – sposób, w jaki ludzie faktycznie używają AI.
Szeroki kadr
Ten boom ma swoje historyczne rymy. Jak pisze Derek Thompson, AI jest jednocześnie przyszłością i bańką: najpierw wzlot, potem krach, a na końcu trwała zmiana. W tym roku globalne nakłady na infrastrukturę do trenowania i uruchamiania modeli mają sięgnąć około 400 miliardów dolarów. Nominalnie to więcej niż kiedykolwiek wydała jakakolwiek grupa firm na coś porównywalnego. I co ważniejsze – nawet jeśli zwroty nie domykają się w Excelu, firmy zapowiadają, że będą wydawać dalej. To nie jest już „eksperyment na boku”. To plan korporacyjny skali cywilizacyjnej. [3]
Energia, nie algorytm
W tej układance kluczowy jest nie sam software, tylko fizyka i finanse. Jak podkreśla Azeem Azhar w rozmowie z Latitude Media, granicą wzrostu staje się prąd. Centra danych zderzają się z limitami sieci, a kapitał płynie z innych sektorów do chipów, serwerów i… transformatorów. To zmusza do myślenia w kategoriach zestawu wskaźników stanu ekosystemu: wykorzystanie mocy obliczeniowej, dostępność energii, czas podłączenia do sieci, realne przychody na wat lub GPU-godzinę. Bo to one powiedzą, czy za trzy lata będą zdrowe biznesy, czy puste hale z kosztownym sprzętem.
Skala zakładu i jego ryzyka
Infrastruktura AI to ciąg powiązanych elementów: od projektów chipów, przez chłodzenie i serwery, po podstacje i umowy PPA. Każde ogniwo ma własny cykl i własną niepewność. Wystarczy jedna zmienna – przełom w efektywności modeli, spadek kosztu energii, opóźnienie w sieci – by cała krzywa zwrotów przesunęła się o lata. To dlatego klasyczne pytanie „czy to bańka?” jest źle postawione. Lepsze brzmi: czy konfiguracja naszych dzisiejszych zakładów odpowiada temu, jak AI będzie realnie używana, kiedy te moce wreszcie staną? To nie jest binarne.
Fakty bez pudru
- Wydatki na infrastrukturę AI sięgają ok. 400 mld dol. w 2025 r., co autorzy porównują do programu Apollo powtarzanego co kilkanaście miesięcy.
- Budowa centrów danych trwa lata; software zmienia się co kwartał. To niedopasowanie sprawia, że łatwo przestrzelić zapotrzebowanie.
- Sieci energetyczne są dziś głównym ograniczeniem. „Moc jest nowym bottleneckiem” – to nie figura retoryczna, to realne kolejki przyłączeniowe.
- Narracja rynkowa jest spolaryzowana: od ostrożnego „boom z korektą” po czarne scenariusze w stylu „katastrofy finansowej”. Emocje nie pomagają, ale przypominają, że nikt nie zna przyszłości.
Krótka interpretacja z dystansem
Jeśli szukać mądrzejszego kompasu niż „pęknie/nie pęknie”, warto patrzeć na użycie, nie tylko na moc. Ilu użytkowników i firm płaci dziś i będzie płacić jutro za usługi, które naprawdę wymagają dużych modeli w stałej pracy? Ile z tego da się odchudzić do tańszych, mniejszych modeli na brzegu? Każdy punkt procentowy mniej w wykorzystaniu GPU albo każdy miesiąc opóźnienia z przyłączem to różnica między IRR w zielonym a czerwonym. Paradoks polega na tym, że największym ryzykiem dla boomu AI może być nie brak „AGI”, tylko brak przewodów i elektrowni w odpowiednim miejscu i czasie.
I jeszcze jedna, mniej wygodna myśl: bańka może pęknąć lokalnie, a globalnie rosnąć. Możemy zobaczyć fale odpisów na zbyt ambitnych kampusach, jednocześnie obserwując, jak AI wchodzi w logistykę, medycynę czy oprogramowanie przemysłowe. Kolej i światłowody też miały swoich bankrutów – a jednak zostały z nami. To wcale nie unieważnia bólu po drodze; tylko zmienia moralizatorską opowieść w trzeźwą arytmetykę podaży i popytu.
Spokojne domknięcie
Lepszy sposób myślenia o „bańce AI” jest mało romantyczny: to zestaw długoterminowych, kapitałochłonnych zakładów z potężnym ryzykiem czasowym. Nie musimy wybierać między hurraoptymizmem a przepowiednią końca. Wystarczy uznać, że w świecie, gdzie software przyspiesza, a infrastruktura rozwija się wolniej, zarządzanie ryzykiem to nie przypis – to sedno. Pytanie do nas, użytkowników i decydentów: za które zastosowania AI naprawdę chcemy i będziemy płacić przez lata – i czy jesteśmy gotowi zbudować pod nie nie tylko modele, ale też linie wysokiego napięcia?
Źródła
- [1] https://techcrunch.com/2025/11/10/a-better-way-of-thinking-about-the-ai-bubble/
- [2] https://wlockett.medium.com/the-ai-bubble-is-far-worse-than-we-thought-f070a70a90d7
- [3] https://www.derekthompson.org/p/this-is-how-the-ai-bubble-will-pop
- [4] https://www.latitudemedia.com/news/open-circuit-how-do-we-know-if-were-in-an-ai-bubble/
- [5] https://ca.finance.yahoo.com/news/worried-ai-bubble-buy-stock-011500181.html
- [6] https://www.wired.com/story/ai-bubble-will-burst/




